8500 km w dwa tygodnie czyli pierwsza daleka podróż busa [cz. 3]

Skandynawia

Część 3.

Daleka północ, ciągle jasno, ale po tak intesywnych  dniach nie mamykoło podbiegunowe problemu ze spaniem 🙂
Docieramy do wioski św. Mikołaja niestety po godzinach pracy elfów, więc czynny jest tylko sklepik z pamiątkami – zawsze coś 🙂 pierwsza naklejka na busa do kolekcji !  Jest tam namalowana linia koła podbiegunowego, ale w rzeczywistości wypada trochę bardziej na północ 🙂1

 

 

 

 

 

rudolf

 

Ruszamy dalej, za oknami wciąż lasy i renifery, pełno reniferów 😉 Nie boją się, nie wbiegają na szczęście pod auta i ogólnie wydają się jakby oswojone. Kilometry lecą i niewiadomo kiedy znajdujemy się w Norwegii, a orientujemy się po cenach paliwa.. Niestety nie udało się zalać busa i kanisterka do pełna przed opuszczeniem Finlandii. No trudno. Zbliża się pora obiadowa więc zaczynamy szukać pierwszego urokliwego miejsca na postój i Norwegia nas nie rozczarowała 🙂 Przy takich widokach każdy posiłek smakuje dwa razy lepiej ! Zdjęcia w lepszej rozdzielczości są dostępne w galerii 🙂
4Lecimy dalej i jeszcze tego samego dnia, którego opuściliśmy nasz przytulną szopę docieramy do parkingu, z którego rozpoczynamy pieszą wycieczkę na North Cap – ten prawdziwy, a nie komercyjny z drogą dojazdową. Pogoda nas nie rozpieszcza, jest zimno, mży, mgła i ogółnie ciężko. Jednak niezrażeni rekordowo długim dniem  zakładamy skarpetki na ręce (rękawiczki mieliśmy tylko robocze do busa) i ruszamy w drogę! Ok 10km w jedną stronę dało nam w kość. Ponad 2h marszu i docieramy na najbardziej wysunię5ty na północ fragment Europy. 6

Wpisujemy się do księgi gości ukrytej w stalowej skrzynce między kamieniami, oglądamy foki w środowisku naturalnym i głodni ruszamy z powrotem. Po ponad 5h od startu padnięci wsiadamy do busa i… ruszamy w dalszą drogę, trzeba zjechać niżej żeby temperatury nadawały się komfortowego noclegu. Grzesiek, który dotarł na North Cap na rowerze, wsiada za kierownice i wydaje się rześki jak o poranku.. Ja zasiadam na miejscu pasażera i zanim ruszamy cały ekipa na tyle już  śpi. Ja przez kolejne 2h walczę z opadającą głową, aż wreszcie znajdujemy zajazd nad rzeką, idealny na nocleg! Spaaaać.

6.1

Wyspani i pełni energii wstajemy by stawić czoła wyzwaniom kolejnego dnia. Pojawiły się szybciej niż się spodziewaliśmy. Jeszcze przed odjazdem zuważamy niepokojącą plamę pod busem. Wczorajsza szaleńcza jazda dałą mu trochę w kość. Plama jest niewielka, z powodu osłony od spodu nie bardzo da się na szybko ustalić przyczynę więc dolewamy oleju i ruszamy w stronę cywilizacji odkładając problem na później.

6.2

Docieramy do najmniejszej stacji benzynowej jaką widziałem i jeszcze w tym samym mieście zatrzymujemy się na dłuższy postój. Ładowanie telefonów i 20150710_183024innych sprzętów, drobne lutowanie kilku przewodów w aucie, uzupełniamy także zapas oleju, jemy, myjemy i jesteśmy gotowi do ataku na południe!

 

 

 

 

7W końcu przychodzi czas na poważną naradę, bo czas zaczyna nam się kurczyć więc potrzebujemy dobrego planu, żeby zobaczyć w Norwegii jak najwięcej. W kolejnych dniach płyniemy na lodowiec, przejeżdzamy przez stary spróchniały mostek i biwakujemy w lesie gdzie jemy przepyszne parówki z ogniska. Jedziemy do najstarszej wioski rybackiej na Lofotach, docieramy do miejscowości Å. Piękne miejsce na nocleg, ale niestety musimy ruszać dalej, bo do promu zostaje nam mniej niż 2h. Promem docieramy na stały ląd i ruszamy w stronę drogi Troli…

 14 I tu napotykaliśmy pierwszy naprawdę poważny problem. Silnik, z którego już od jakiegoś czasu podcieka olej i który ostatni raz był myty chyba jeszcze w fabryce w Niemczech zaczął się dość mocno grzać. Mocno to znaczy tak, że musiałem zjechać na parking, bo biała chmura zaczęła przysłaniać mi widok. 40min na chłodzenie i przedewszystkim na wzmożone dyskusje „co dalej”.16

Stoimy u podnoża drogi trolli. Alternetywą jest naprawdę długi objazd liczony raczej w dniach niż godzinach i zawierający masę promów, na które nie było miejsca w budżecie. Podjazd to seria zakrętów o 180 stopni, droga szeroka na jedno auto, z kilkoma zatoczkami do mijania. Do parkingu na dole dokulaliśmy na 3 biegu – to dość niewielki zapas mocy..  Głosowanie i zapada decyzja – spróbujemy podjechać do pierwszej zatoczki. Startujemy.

Jedynka, dwójka, trójka… wraz z prędkością rośnie mi poziom adrenaliny. Do wspomnianej zatoczki zbliżamy z imponującą prędkością około 65km/h i podniesiony na duchu podejmuję dycyję o ataku na szczyt 😉 Otwieramy okna, machamy rękami żeby tylko zatrzymać tych nadjeżdzających z góry – byle nie zwalniąć. Prędkość nieco spada, stres rośnie. Jeżeli się zatrzymamy to czeka nas dość ciekawy zjazd serpentynami na wstecznym.. bez ręcznego i już z ciepłymi hamulcami. Dojeżdzamy do zakrętu 180 stopni i słyszę za sobą informację, że z góry wolne, więc bierzemy zakręt bez zwalniania. Na prawo od przepaści dzieli nas tylko licha barierka, ale udaje się. Kolejne zakręty we wspomnieniach zlewają mi się w jednen dość stresujący epizod. Pamiętam tylko, że raz przy ścinaniu zakrętu zobaczyłem w lusterku jak tylna opona lekko obsunęła się z asfaltu. Ostatnia prosta we mgle na dwójce, obroty systematycznie spadają, ale nasz Volkswagen motywowany krzykami wszystkich pasażerów wtaczą się na szczyt.17 Po tej przygodzie wiemy, że już nic nas nie zatrzyma i z doskonałymi moralami mimo beznadziejnej pogody ruszamy w dalszą trasę 😉

W kolejnych dniach przyzwyczajamy się do schematu: śmierdzi silnik? Znaczy jedziemy pod górkę. Śmierdzą hamulce? Czyli zjeżdzamy 🙂  Docieramy do drugiego lodowca na naszej wyprawie, tym razem osiągamy cel i udaje się polizać. Stamtąd docieramy do parku narodowego, na terenie którego znajduje się Pulpit Rock.

Poprzedni wpis
8500 km w dwa tygodnie czyli pierwsza daleka podróż busa [cz. 2]
Kolejny wpis
1. Skok na marzenia

Zobacz gdzie jesteśmy TERAZ:

Image Widget

Follow & like us :)

Subscribe us!
Observe us!

Kategorie