20. Albańska kawa z celnikami

Bałkany

Rano uzupełniamy wodę i ruszamy zdobywać osławione już bezdroża Albanii. Jesteśmy lekko zawiedzeni, gdy drogi okazują się idealne. Żadnych porządnych dziur, nawet szutrowa droga, którą urządzamy sobie skrót, jest szeroka i bez kolein. Może w górach uda się znaleźć jakieś wyzwanie! Po minięciu trzech kempingów, z parkingami wręcz usianymi polskimi blachami, docieramy do darmowego parkingu na plaży. Jasno świecący księżyc i lekko żarzące się węgliki pod grillem jako jedyne światło. Byłoby całkiem romantycznie gdyby nie fakt, że zaparkowaliśmy koło wielkiego, wpół zakopanego w piasku, zbiornika wody, a skrzynka obok okazje się nie jest tak jak zakładaliśmy – skrzynką bezpiecznikową okolicznych kampingów, tylko wielką i głośną pompą wody…

Albania 013 Zachęcająca pogoda – przyjemny chłód, czyli około 25 stopni daje nam energię do szybkiego startu. Lekko zawiedzeni brakiem dzikości na wybrzeżach południowej Albanii, przytłoczeni przez dość wysoko rozwiniętą infrastrukturę turystyczną, obieramy kierunek północny i zmierzamy w stronę Wlory. Przełęcz na trasie nie jest od naszej strony wymagająca, widoki zapierają dech w piersiach i tylko pogoda nas zaskakuje. Normalnie jestem nieszczególnie wrażliwy jeżeli chodzi o chłód, mam raczej problem z upałami, ale tego dnia, po raz pierwszy podczas całego wyjazdu trząsłem się z zimna. Nieco ponad 15 stopni, lekka mżawka i porywisty wiatr skutecznie wychładza nasze przyzwyczajone do upałów ciała. Niepowtarzalny widok na zatokę, lazurową powierzchnię wody po horyzont i plaże, na których z tej wysokości nie widać dywanów ze śmieci powodował, że zupełnie nie przejmowaliśmy się chłodem i deszczem. Szybkie uzupełnienie wody z górskiego strumienia i czas stracić trochę wysokości by znów dotrzeć na wybrzeże.

Albania 008Wlorę przejeżdżamy z krótkimi postojami, niemalże popędzani przez setki turystów. Tłumy zazwyczaj nas odstraszają, szczególnie, że tym razem byliśmy nastawieni na nieco mniej zapchany kraj. Cała nadzieja w północy Albanii. Kompas z kierunku północnego zaczął wskazywać wschodni i niedługo potem docieramy w okolice Jeziora Ochrydzkiego, zdecydowani szukać pierwszego dobrego miejsca na nocleg na brzegu. Jesteśmy prawie na miejscu i jednak decydujemy się przekroczyć szybko granicę, by jutro obudzić się już na ziemi macedońskiej. I znów celnicy, tym razem albańscy, mają plany odmienne od naszych. Dostrzegając kolorowego busa na zagranicznych blachach zwęszyli okazję do lekkiego podreperowania dniówki. Gdyby tylko wiedzieli w jak wielkim są błędzie pewnie w ogóle by nas nie zatrzymali, ale nie wiedzieli. Trzy minuty po pobieżnej kontroli paszportowej trafiamy do garażu gdzie z pewnością czeka nas gruntownie trzepanie naszego domu na kółkach. Nie spodziewaliśmy się jednak, że spotkamy rodaków, którzy trafili tam około pół godziny wcześniej. Szybka wymiana zdań i wiemy dokładnie czego się spodziewać – tym samym zyskujemy przewagę nad celnikami. Są bardzo uprzejmi i na starcie informują nas, że sprawdzanie tak dużego busa zajmie z pewnością co najmniej 2 godziny. Z uśmiechem odpowiadam „Śmiało! My mamy mnóstwo czasu i chętnie sobie z wami pogawędzimy w trakcie gdy będziecie pracować :)„. Albania 004Po standardowym pytaniu czy mamy może dla nich kawę odpowiadamy, że chętnie się podzielimy tylko wstawię wodę. Jak łatwo się domyślić nie chcą się poczęstować ani ciastkami, ani wczorajszą zupą, ani nawet gryzem kanapki więc po pobieżnym sprawdzeniu skrzyń na dachu lecimy dalej – tym razem poszło łatwo :). Znów mijamy naszych rodaków, tym razem na granicy wjazdowej do Macedonii, i znów mamy więcej szczęścia przy kontroli i do kraju wtaczamy się na 4 kołach przed nimi. Nie udało nam się zbyt długo porozmawiać na granicy więc zatrzymujemy się na poboczu. Niedługo potem, po szybkim zapoznaniu i kolejnej zmianie planów w naszym wydaniu, zmierzamy szukać noclegu w Ochrydzie, umówieni na wieczorne piwko i wspólne opowieści o naszych przygodach.

Docieramy punktualnie na umówione miejsce spotkania, liczymy i coś nam się nie zgadza. Grupa naszych nowych znajomych z czterech urosła do sześciu. Okazuje się, że my Polacy potrafimy się bardzo szybko odnaleźć nawzajem na obcych ziemiach 🙂 Ośmioosobową ekipą, powiększoną o Rafała i Mikołaja, zasiadamy do rozmów przy piwie. Oczywiście, że nie w barze, kto by miał na to pieniądze? Wszyscy podróżujemy z mocno ograniczonym budżetem więc ławka nad samym brzegiem wody jest idealna. Szybko się integrujemy, z ławki przenosimy do klubu na plaży i, choć wydaje się, że wieczór ledwo się zaczął, czas już się rozchodzić. Tyle wspólnych tematów jeszcze nieporuszonych. Umawiamy się na poranne spotkanie koło południa i radośni padamy spać – to był naprawdę długi dzień.

Poprzedni wpis
19. Nocleg pod klasztorem
Kolejny wpis
21. Macedońska ekipa

Zobacz gdzie jesteśmy TERAZ:

Image Widget

Follow & like us :)

Subscribe us!
Observe us!

Kategorie