21. Macedońska ekipa

Bałkany

Śpimy tylko kilka godzin, ale wstajemy pełni energii nie mogąc się doczekać wydarzeń, które przeniesie nam nadchodzący dzień. Nie będziemy zawiedzeni!

Po drogiej Grecji stęskniliśmy się za mięsem, którego ze względu na absurdalne dla nas ceny po prostu nie kupowaliśmy. Czas na śniadanie na bogato 🙂 Zupa meksykańska – idealny śniadanio-obiad po długiej nocy. Jeszcze zanim zdążymy zasiąść do stołu dzień startuje z rozpędu i wiele rzeczy wydarza się na raz. Słyszymy „Czołem rodacy!”

Macedonia 002Dwie minuty rozmowy z Konradem i już wiemy, że załoga na dziś powiększa się. Do stołu dołączają zaproszeni wcześniej Rafał i Mikołaj, i w piątkę, a właściwie w szóstkę, bo dokarmiamy też lokalnego psa, leczymy ciepłym posiłkiem echa dnia wczorajszego. Wesołe rozmowy przerywa nam właściciel terenu, przy płocie którego wczoraj się zatrzymaliśmy. Rozpoczynam rozmowę w stylu „Tak wiem, że to ścisłe centrum, przy deptaku gdzie wyznaczone są płatne miejsca, ale my tu tylko na chwilkę” i urywam w półsłowa analizując co właśnie usłyszałem. Ten przemiły człowiek pełen obaw, że mogliśmy się nie wyspać na dziko na jego trawniku, ze względu na znaczny ruch, zaprasza nas na swój teren gdzie jest więcej miejsca – oczywiście za darmo! „Po prostu gdy będziecie chcieli otwórzcie sobie bramę i śmiało wjeżdżajcie!” mówi. Odnosimy wrażenie, że od pewnego czasu na naszej drodze spotykamy tylko życzliwych ludzi. Nie korzystamy jednak z oferty. W piątkę, bo pozostała ekipa zmierza niestety w innym kierunku, planujemy wyrwać się z miasta i rozbić na dziko nad brzegiem jeziora.

Wszyscy rozchodzą się pakować, zrobić szybkie zakupy i ze względu na ceny połączeń telefonicznych z góry ustalamy czas i miejsce spotkania. Z lekkim opóźnieniem (Konradowi ktoś złożył namiot i pochował kilka rzeczy) ruszamy wesołą drużyną wzdłuż linii brzegowej.

Macedonia 004Na pierwszym postoju (przydrożny parking) zatrzymujemy się już po 20 minutach jazdy, żeby z góry zrobić sobie zdjęcie z widokiem na powierzchnię wody. Rozmawiamy swobodnie i dość głośno więc dla wprawnego ucha nie ciężko jest rozpoznać naszą narodowość. Ustawiamy się do zdjęcia, gdy z pobliskiej stróżówki, z rozkręconego na cały regulator lekko rzeżącego radia słyszymy… Golec Orkierstra! Z budki wypada uśmiechnięty od ucha do ucha opiekun pobliskiego terenu – rodowity Macedończyk, częstuje wszystkich (poza kierowcą :() zimną rakiją, pokazuje swoją kolekcję pustych butelek i puszek po polskich piwach i robi nam zdjęcia, z widokami, z puszkami, z butelkami, ze sobą 😉 Dużo śmiechu.

Macedonia 009Niecałe 15 minut jazdy i tylko jedno zawracanie później trafiamy w idealne miejsce. Płasko, miękko, pięć metrów do wody, piękne widoki na pobliskie góry, zapas suchego drewna w pobliskim lasku – raj na ziemi! Gaszę silnik i oglądam się do tyłu by ujrzeć tylko puste siedzenia, wszyscy pędzą już schłodzić się w jeziorze. Lekko spowolnieni przez kamienie wyrzucone na brzeg, niczym zasieki jeziora jakby w obronie przed nami, docieramy do gładkiego dna wyłożonego drobnym białym piaseczkiem. Przejrzystość wody idealna! Dwa dni zlewają mi się w jeden świetny dzień wypełniony godzinami rozmów, śmiechu, wymianie patentów na tanie i łatwe podróżowanie, wspólnymi posiłkami i wspólnym wpatrywaniu się w ogień.

Macedonia 037Czas mija szybko, za szybko. Na chwilę przed odłączeniem się Konrada, odnajdujemy świetne klify do skakania do wody. Jakby na przypieczętowanie naszej znajomości. Nic tak nie łączy jak wspólnie przeżywane emocje, zwłaszcza te intensywne jak np. strach! Od naszego poznania się mijają ledwie 2 doby, a przy pożegnaniu wydaję się jakbyśmy przeżyli tyle wspólnych przygód , co starzy znajomi. Tak to już jest gdy spotyka się otwartych ludzi o podobnych poglądach, ceniących te same wartości i dzieli się z nimi godziny rozmów i głośnego śmiechu! Z taką ekipą wybrałbym się bez strachu w kraj objęty wojną, epidemią, ZUSem i czym tam bądź!

\Macedonia 047Już w czwórkę postanawiamy spędzić razem jeszcze jeden dzień. Jedziemy na północ, rozłupujemy dziesięciokilogramowego arbuza, szabrujemy śliwki, uciekamy przed niedźwiedziem, dzikami i strażnikami parku narodowego, budujemy wędkę z rurek pvc, spotykamy w świetle pełni księżyca białego psa – słowem dzień pełen wrażeń 🙂 W końcu jednak przychodzi czas, w którym nasze drogi się rozchodzą, Rafał i Mikołaj zmierzają do Bułgarii, my natomiast przez Tiranę do Czarnogóry. Drugi raz w ciągu 24 godzin przychodzi czas na ciężkie rozstanie. Pewni, że spotkamy się na polskiej ziemi, zjadamy razem ostatnie kawałki arbuza i ruszamy po przygody w przeciwnych kierunkach.

Poprzedni wpis
20. Albańska kawa z celnikami
Kolejny wpis
22. Żółw w trasie

Zobacz gdzie jesteśmy TERAZ:

Image Widget

Follow & like us :)

Subscribe us!
Observe us!

Kategorie