USA trip – tydzień drugi

USA

Krótkie kręcenie rozrusznika, czarna chmura w lusterku i znów słyszymy znajomy klekot naszego niezawodnego diesla. Ruszamy. Pierwsze 200 metrów naszej trasy to stromy zjazd na jednej z ulic osiedli New Jersey. Czy uda nam się zatrzymać? Tak, hamulce działają bez zarzutów. Wyjeżdżamy z miasta na drogę międzystanową i pomimo doskonałych humorów w aucie panuje cisza. Od dobrych kilku dni jesteśmy po tej stronie oceanu, ale dopiero teraz do każdego z nas dociera jak daleko się wypuściliśmy tym razem.

Ogromne przestrzenie przesuwające się za oknem, wiatr wpadający przez otwarte do końca szyby, ulubiona muzyka. Niezapomniane do końca życia poczucie absolutnej wolności. Po ponad 4 miesiącach znów jestem na swoim miejscu, za kierownicą busa jadąc przed siebie. Z tą tylko różnicą, że teraz jest nas 6 do dzielenia przygód, radości, problemów i wspomnień.

Na pierwszy nocleg docieramy pokonując szutrowymi drogami spore wzniesienia. Bus początkowo jakby nie miał mocy, ale po 2 godzinach jazdy dociera się i rusza z pełną mocą wspinając się pod górki nawet na “trójce”. On, tak jak i my, nie lubi za długo stać w miejscu. Ponad 3 tygodnie w kontenerze nie wpłynęły dobrze na jego kondycję, ale wreszcie uwolniony aż rwie się do pożerania kolejnych mil.

Nocleg jest świetny, jakby Ameryka chciała nas przywitać ze swojej najlepszej strony. Idealnie płaska łąka nad brzegiem malutkiego jeziora, gdzie na tle zachodzącego słońca wpatrujemy się w niewielkie góry, które nas otaczają. I choć kładziemy się spać na amerykańskiej ziemi to budzi nas gra na dudach. Okazuje się, że pośród drzew schowany był jeszcze jeden namiot. Zajmuje go Mathy, który na co dzień jest sędzią piłkarskim i adwokatem. Przy wspólnej porannej kawie oferuje nam swoją pomoc przy ewentualnym wyciąganiu z więzienia 🙂 Mówi również, że zna mnóstwo ludzi w całych Stanach i żeby do niego dzwonić w razie jakichkolwiek problemów.

Następny dzień to niezapomniane widoki Niagary i kol ejni życzliwi ludzie na naszej drodze. Tym razem ugościli nas Danusia i Benek. Poza pyszną pizzą i najlepszymi donutami w naszym życiu częstują nas kawą i przedstawiają swoim sąsiadom, którzy zainteresowani dziwnym samochodem na polskich blachach wpadają w odwiedziny. Osiedle zamieszkiwane jest przez naszych rodaków, wszyscy oferują nam gościnę, ale stęsknieni drogi, ruszamy ku zachodowi.

Szybki nocleg na betonowym parkingu przy drodze, opuszczamy Kanadę, przelatujemy przez Detroit i docieramy do Chicago. Tu czeka na nas Pani Marysia i Pan Staszek. Byliśmy nastawieni na kawałek trawnika dla namiotów, żeby nie przeszkadzać, a zostaliśmy podjęci prawdziwą góralską ucztą. Nigdy nie sądziłem, że podczas tego wyjazdu będziemy mieli okazję spróbować prawdziwego góralskiego oscypka! Poza nim na stół trafia skrzynka zimnego Żywca i tyle pyszności, że po chwili wszyscy, z pełnymi do granic możliwości brzuchami, zaczynamy popadać w letarg i szybko odnajdujemy drogę do naszych śpiworów.

Zwiedzanie Chicago idzie nam sprawnie i szybko dzięki pomocy poznanej wczoraj Helenki, która zapewnia nam parking w centrum, gdzie godzina parkowania potrafi kosztować nawet 30 $! Zabiera nas też na najsłynniejszą pizze w Chicago, która jest po prostu doskonała i choć sporo się różni od tak dobrze nam znanej pizzy włoskiej, od dziś staje się moim ulubionym daniem. 4 centymetry ciągnącego się pysznego sera doskonałej jakości i te dodatki! 2 kawałki i znów ogarnia mnie senna błogość. Jak do tej pory podróż nie dała nam zasmakować ani odrobiny trudów. Wkrótce jednak ma się to zmienić.

Z czystymi ubraniami, które już na nas czekały, gdy wróciliśmy, z bagażnikiem pełnym ciasta, pączków i innych smakołyków ruszamy w stronę Parku Narodowego Badlands i góry Rushmore. Na przedmieściach Chicago spotykamy się z Pawłem Paluchem – Interameryką, który dzieli się z nami swoją cenną wiedzą zdobytą przez lata planowania tras po USA. W Internecie bardzo łatwo znaleźć masę miejsc wartych odwiedzenia. Często opisywanych jako istne cuda świata, które każdy musi koniecznie odwiedzić. Jednak najcenniejsze informacje to te, czego nie warto odwiedzać, z czego można śmiało zrezygnować, żeby na wszystko starczyło czasu.  Taką wiedzą dysponuje tylko ktoś kto w tych miejscach już był. Ciężko policzyć czas, który zaoszczędzimy dzięki temu spotkaniu. Szybka wspólna kawa i jedziemy.

Badlands wita nas szutrową tarką, która powoduje wibracje uszkadzające przełączniki od naszych dodatkowych świateł. Teraz cały plastikowy panel musi być ściskany przez pasażera, by światła nie oślepiały innych użytkowników drogi. Na szczęście jest ich niewiele – użytkowników, nie świateł. Pojawiają się za to inni towarzysze. I to nagle. Na poboczu pojawiają się ogromne oczy, po chwili kontur i końcowo cały, ogromny bizon. Naprawdę ogromny… około 600-700 kg, które wydaje się być w całości zgromadzone w ogromnym karku, kłębie i głowie. Przejeżdżamy Badlands, po czym kierujemy się w stronę Góry Rushmore. Całą drogę pada z gęstych, nisko zawieszonych chmur, więc rozczarowanie z zerowej widoczności rzeźby jest nieco mniejsze. Każdy się na nie przygotowywał. Znów w trasę.

Do bram Yellowstone docieramy późnym wieczorem, szybko rozbijamy obóz i obserwujemy niebo usiane gwiazdami, które zwiastują zimną noc. Rano wita nas piękne słońce, pomimo którego powietrze jest rześkie i szybko nas rozbudza. Jesteśmy na 1300 m, czeka na nas najstarszy park narodowy na świecie, ale wcześniej musimy pokonać przełęcz na wysokości ponad 3300 m. Jeszcze nie wiemy, jakie czekają tam na nas wyzwania poza samym podjazdem…

Poprzedni wpis
No i się zaczęło! – USA trip – tydzień pierwszy
Kolejny wpis
USA trip – tydzień trzeci

Zobacz gdzie jesteśmy TERAZ:

Image Widget

Follow & like us :)

Subscribe us!
Observe us!

Kategorie