USA trip – tydzień trzeci

USA

Zaczyna się niepozornie, lekki podjazd i to w pięknym słońcu. Warunki jednak szybko ulegają zmianie wraz z uzyskiwaną wysokością. Słońce znika, temperatura spada. Zaczyna padać. Śnieg. I grad. Z przodu letnie opony i choć mamy dwie zimówki to nie bardzo mamy chęci je zakładać. Jedzie się coraz ciężej, średnie nachylenie podjazdu to tylko 10%, ale swoje ważymy i już od dobrych kilku kilometrów jedziemy na “dwójce”. Dodatkowo przy mniejszych prędkościach nie działa nam nawiew na szybę i strasznie parujemy. Jakby tego było mało, zamarzają nam gumy od wycieraczek. Teraz sypie już nie na żarty.

Jest -2. To połowa maja, a za oknami mijamy 1,5 m zaspy śniegu. W aucie panuje lekki stres. Tylko Dave będący za kierownicą wydaje się opierać wpływowi gęstniejącej atmosfery. Ja, choć siedzę z tyłu, nosem jestem już prawie w chłodnicy. Wreszcie udaje się zdobyć szczyt i to bez redukowania na “jedynkę”. Szybki postój na zdarcie z przedniej szyby warstwy lodu, która zostawiła kierowcy już tylko okienko o średnicy 30 cm. Odmrażamy gumy wycieraczek i zjeżdżamy. Oszczędzanie silnika zmienia się w strategiczne używanie hamulców, by ich nie przegrzać. Mimo wszystko po drugiej stronie przełęczy robimy postój na kanapki i chłodzenie prawej tylnej tarczy, która od czasu naprawy łapie nieco wcześniej.

Pogoda zmienia się diametralnie po raz drugi tego dnia i zamknięte w pierścieniu gór, wygodnie usadowione w kraterze dawno uśpionego wulkanu Yellowstone wita nas pięknym słońcem.

Kolejne dni są bardzo intensywne – pełne gejzerów, kolorowych źródeł tak pięknych jak na zdjęciach, setek bizonów, wilków i kojotów. Tylko niedźwiedzie się przed nami ukrywają. Przepiękny nocleg czeka na nas po drugiej stronie pięciometrowej lodowatej rzeki, ale i temu wyzwaniu nasz dzielny bus daje radę.

Nasze dni poza zmieniającymi się widokami i atrakcjami mają pewien powtarzalny schemat. Wstajemy dość wcześnie, składamy śpiwory, namioty, pakujemy bagażnik dachowy, a dwie osoby odpowiedzialne w danym dniu za posiłki przygotowują śniadanie. Z reguły to kawa/herbata i kanapki. Czasem jest jajecznica lub parówki. Dzisiaj dzień zaczął się podobnie. Szybkie śniadanie, pakowanie, przeprawa przez rzekę do asfaltowej drogi, tankowanie i odpowietrzanie hamulców, bo od kilku dni działają coraz gorzej i w drogę! No niestety, nie tym razem. Po 6 godzinach bezowocnych prób napraw zgodnie stwierdzamy awarię pompy hamulcowej, a dokładniej jej tłoczka. Tym razem nawet szara taśma i trytytki nam nie pomogą. Potrzebujemy nowej części i pomocy z zewnątrz. Na nasze nieszczęście jesteśmy w dolinie kompletnie bez zasięgu. W pobliskim hotelu jest 1 telefon stacjonarny, ale recepcja jest czynna jeszcze tylko przez 50 min. Dla nas to 45 min pełne stresu. A szczególnie dla Artura, który odbiera wszystkie telefony w recepcji, by nawiązać kontakt z lawetą. Po pięciu odebranych telefonach trzy pokoje w hotelu są wynajęte, dwa pola namiotowe zarezerwowane i wreszcie mamy naszą upragnioną informację.

Laweta jedzie. Te 13 $ dołożone na assistance okazuje się najlepiej wydanymi pieniędzmi w naszym życiu.  Jedyny problem  to dwa miejsca w kabinie lawety, ale pozostałej czwórce szybko udaje się złapać stopa i są w zakładzie mechanicznym w Jackson City jeszcze przed nami. Podjeżdżamy, widzimy T3 na podnośniku i wiemy, że trafiliśmy w dobre miejsce. Mamy pozwolenie na postój na parkingu, dostęp do bieżącej wody i tani market w pobliżu. Niesamowicie stresujący dzień kończymy zasłużonym drinkiem. Jutro z samego rana nasze auto trafia na warsztat, wymiana tłoczka to góra pół godziny roboty, a jak się dowiedzieliśmy części do VW są tu podobno ogólnie dostępne. Jutro po południu znów w trasę! I znów nie tym razem…

Rano Bill – nasz mechanik szybko ostudza nasz optymizm. Wymiana to rzeczywiście nic takiego, ale najbliższa część jest w Salt Lake City 400 mil na południe. Kolejny dzień opóźnienia. Ruszamy jutro! Znów nie. Kurier nawalił, część nie dotarła, dodatkowo nie ma pewności, czy będzie pasować, więc alternatywna jedzie z innej części kraju i będzie jeszcze później. W trzecim dniu oczekiwania są wreszcie jakieś  pozytywne informacje. Pierwsza część dotarła, w dodatku pasuje! 2 godziny później auto jest gotowe do drogi i tylko rachunek mocno w nas uderza. Za robociznę policzyli nam naprawdę oszczędnie, ale ceny części nawet nie mogliśmy negocjować ze względu na jej rzadkość… mocno dostajemy po kieszeniach i tylko dzięki naprawdę oszczędnemu trybowi podróży wciąż nie jesteśmy tak bardzo poza budżetem. Najważniejsze, że znów jesteśmy w trasie! Z Wyoming ruszamy w stronę Idaho, potem Montana i znów będziemy w Kanadzie. Następnie przed nami 3 dni jazdy po ponad 18 godzin w stronę Alaski. Będzie ciężko, ale jesteśmy zdeterminowani. Ruszamy, nasze oczy są skierowane na północny zachód i myślami jesteśmy już w największym stanie USA. Alasko przybywamy!

Poprzedni wpis
USA trip – tydzień drugi
Kolejny wpis
USA trip – tydzień czwarty

Zobacz gdzie jesteśmy TERAZ:

Image Widget

Follow & like us :)

Subscribe us!
Observe us!

Kategorie